Pisane w niedzielę 13.06.2010
Siedzę właśnie w warszawskim autobusie, i usiłuję sobie uzmysłowić, na czym spędziłem weekend, że od rana wydawało mi się, że już poniedziałek. Otóż, to chyba wycieczka do Łodzi mnie tak "załatwiła". Było to rozległe i intensywne przeżycie.
*Dziewczyna która siedzi przede mną ze spokojem patrzy w okno. Czemu!?
Pojechałem sobie na konferencję organizowaną przez Camelsów - "Wieczór z Open Source". Bez przygód, na jedną podwózkę przeskoczyłem autostopem z Janek pod Warszawą pod Manufakturę w Łodzi, ale gdy wjeżdżaliśmy do miasta, Państwo Szoferostwo zaczęło wymieniać ze mną sporo uszczypliwych komentarzy na temat łodzian, i Łodzi jako takiej. Dowiedziałem się między innymi, że od Warszawy wjeżdża się do Łodzi przez "Brzezę", że tradycyjni łodzianie mają unikalną stylówę, na którą należy zwrócić szczególną uwagę, że miasto jakby nie było zajebiste - zamiast rozwijać - "zwija się". Nie było w tym żadnej agresji. Po prostu pochodząca z pewnego miasta para w wieku dojrzałym wymieniała uwagi na temat miejsca w którym przyszło im się wychować. Widziałem już że jestem spóźniony na prelekcję Zala o LaTeX'ie (chociaż po cichu liczyłem na opóźnienie), więc musiałem się znaleźć jak najszybciej na drugim końcu Piotrkowskiej, a mając w pamięci niedawną joggerową burzę nt. Łódzkiego MPK - wybrałem rikszę. Na Plac Wolności poszedłem nie przez park, a naokoło. Bardzo mnie zdziwiło, że jestem najszybszym człowiekiem na ulicy [z czym w Warszawie miewam problemy - mimo rzekomej nadpobudliwości], ale później było jeszcze lepiej. Zanim złapałem rikszę (a stało się to na przestrzeni 50m - nie więcej) trafiłem na dwie grupy ludzi pijanych tak, że tylko ścisk "stadny" utrzymywał ich na ławce, i co najmniej trzech przedstawicieli rasy homo sapiens sapiens, którzy z powodu odurzenia najprawdopodobniej entanolem nie potrafili o własnych siłach podnieść się z chodnika. Całość populacji przechodzącej obok nich z wózkami, iPod'ami, kebebami, i miniaturowymi promocyjnymi puszkami napoju na bazie ekstraktu z liści koki i orzeszków koli miała nazwyczajniej w świecie wyjebane.
Siedząc w rikszy z taką właśnie promocyjną puszeczką napoju zacząłem zastanawiać się, czy widziałem to kiedyś wcześniej. Owszem. Na pewno byłem ostatnio w Szczecinie, Poznaniu, Bydgoszczy, Gdyni, Cisnej, Płocku, Krakowie, Gostyninie, Wrocławiu, Oradei, Antwerpii, Burgas, Bratysławie, Stambule, Arad, i wielu innych miastach i miasteczkach, ale byłem raptem niecały rok temu w Łodzi i tylko tam widziałem takie obrazy! To z kolei skłoniło mnie do refleksji nad tym, czy rzeczywiście jest to aż tak beznadziejnie gospodarowane miasto, że tylko tak można wyrazić swoją niezgodę na ten stan rzeczy (z punktu widzenia niezbyt świadomego człowieka), i czy tylko obojętnością władze tego miasta usiłują "walczyć" z takim stanem rzeczy.
Pisane w poniedziałek 14.06.2010
*niecenzuralne* No żesz do chuja! *cenzuralne* Weźcie coś ze swoim miastem, łodzianie, zróbcie! To nie *niecenzuralne* zajebana w chuj *cenzuralne* Warszawa ma wam przywrócić komfort życia porównywalny w najmniejszym choćby stopniu z takim jaki panował w dwudziestoleciu! Teraz to Wy macie klucze do jakości swojego miasta! PRL umarł dwadzieścia lat temu! Zajżyjcie w swoje marzenia, i znajdźcie koncepcję najbliższą Złotego Środka, bo niestety, coś jest nie tak...
Łódź imho nie może wyglądać jak patchwork nędzy, zacofania, i miernoty, bo najnormalniej w świecie nie została po to de facto stworzona. I nie ma znaczenia, że się tam urodziłem. To jest miasto Wielkiej Historii Przedsiębiorczości, Kultury [tak, przez wielkie "k"], i chcąc-niechcąc, symbol amerykańskiego snu w polskim wydaniu.
TOOK HER HOME I NEARLY MADE IT, SITTING ON A SOFA WITH A SISTER OR TWO...
- The Beatles: Lovely Rita (z pozdrowieniami dla Lenona i Poli)